Badania lekarskie

Wiadomość o stygmatach szybko obiegła Włochy i cały świat. Niespełna rok po otrzymaniu stygmatów Ojciec Pio został poddany kilkakrotnie badaniom lekarskim. I nie chodziło wcale o leczenie krwawiących ran, lecz o wyjaśnienie ich pochodzenia. Opinie medyków sporo tłumaczyły, ale w najważniejszej sprawie były – niestety – sprzeczne. Jedni podkreślali nadprzyrodzony charakter stygmatów, inni udowadniali, że są przejawem stanu chorobowego, na który dodatkowo nałożyły się takie czy inne okoliczności. I znów okazało się, że to po prostu kwestia wiary.

ImagePierwszy kontakt świata medycyny ze stygmatami Ojca Pio miał miejsce we wrześniu 1918 roku, a więc w kilka dni po pojawieniu się zagadkowych ran. Zachował się po nim jedynie mały ślad w relacji, jaką prefekt Foggii sporządził dla ministerstwa spraw wewnętrznych. Prefekt napisał, że miejscowy lekarz, doktor Angelo Merla, socjalista, który w tym czasie pełnił także urząd burmistrza San Giovanni Rotondo, zbadał Ojca Pio, a stygmaty, o których rozpowiadali już ludzie, to „żółto-brunatne plamy, takie same, jakie powstają po użyciu jodyny”. Prefekt dodał, że „trudno uznać plamy za rany gruźlicze, ani też precyzyjnie określić ich naturę, także z tego powodu, że medyk nie wykonał wystarczająco dokładnych badań. Ale nie wykluczałby hipotezy, że mogły zostać sztucznie wykonane”. Przyjęło się jednak uważać, że pierwszym lekarzem, któremu przełożeni Zakonnika zlecili wprost zbadanie Stygmatów, był doktor Luigi Romanelli, chirurg ze szpitala w Barletcie, a prywatnie przyjaciel ojca Agostina, spowiednika i kierownika duchowego Ojca Pio. Doktor przyjechał do klasztoru 15 maja 1919 roku, czyli osiem miesięcy po pojawieniu się stygmatów. U swego „pacjenta” najpierw się wyspowiadał, następnego dnia uczestniczył w odprawianej przez niego mszy i przyjął komunię, po czym przystąpił do badania. Na koniec wizyty, jeszcze w klasztorze, napisał relację z jej przebiegu. Badanie doktora Romanellego było dość powierzchowne i bardzo delikatne. Porównując jego opis ze sporządzonymi po kilku miesiącach relacjami innych lekarzy, można mieć nawet wątpliwości, czy przyjrzał się ranom dokładniej albo też czy emocje nie wzięły góry nad obiektywną oceną. Lekarz wyjechał z San Giovanni Rotondo umocniony w wierze, a w raporcie napisał, że rany Ojca Pio powstały w wyniku działania „czynnika ponadnaturalnego”. Takie stwierdzenie z pewnością nie spodobało się kardynałom Świętego Oficjum, gdzie ostatecznie opinia lekarska trafiła. Uznano je za przekroczenie kompetencji medycznych, a atmosferę dodatkowo popsuł fakt, że obszerne fragmenty relacji (która miała pozostać tajna) już po kilku dniach opublikowały włoskie dzienniki. Na żądanie Watykanu kuria generalna kapucynów poprosiła o ekspertyzę profesora Amico Bignamiego z Królewskiego Uniwersytetu w Rzymie. Był on specjalistą z zakresu patologii, człowiekiem niewierzącym, a nawet znanym ateistą. Przyjechał do San Giovanni Rotondo w lipcu 1919 roku i podczas dwudniowego pobytu kilkakrotnie badał stygmaty Ojca Pio. Z wizyty sporządził raport dla generała kapucynów a jego kopię przekazał do Watykanu. Po niespełna trzech latach generał zakonu zorientował się, że raport profesora Bignamiego zniknął z archiwum kurii generalnej, wraz z wieloma innymi dokumentami na temat Ojca Pio. Mimo to (a raczej właśnie dlatego) opinia profesora Bignamiego była dobrze znana i komentowana w kręgu obrońców Stygmatyka. Oczywiście w relacji sporządzonej przez człowieka niewierzącego nie znajdziemy ani słowa o nadprzyrodzonym pochodzeniu stygmatów. Zaskakujące są jednak rozbieżności w opisie stygmatów w porównaniu do raportu doktora Romanellego, choć oba badania dzieliły raptem trzy miesiące. Medycy zgodni byli jedynie co do miejsca i kształtu ran na dłoniach i stopach. Określili ich położenie na mniej więcej trzecią-czwartą kość śródręcza oraz drugą kość śródstopia. Jednak już w ocenie wyglądu stygmatów widzimy różnice. Według doktora Romanellego pokrywała je miękka „membrana”, podbarwiona krwią, rany były głębokie, a przy ucisku nie wyczuwało się żadnych tkanek niżej położonych, także kości. Profesor Bignami opisał je natomiast jako okrągłe, sczerniałe i miękkie strupy, częściowo odchodzące od tkanki skórnej. W jego ocenie były to obrażenia dość powierzchowne, obejmujące tylko naskórek i górną warstwę skóry właściwej, z pewnością nie sięgające tkanek miękkich, a tym bardziej kości dłoni. Na stopach zakonnika doktor Romanelli zaobserwował identyczne rany jak na dłoniach, tymczasem prof. Bignami zobaczył tylko niewielkie przebarwienia, bez jakiegokolwiek uszkodzenia skóry. Podkreślił też, że zarówno rany na dłoniach, jak i na stopach, wraz z ich najbliższym otoczeniem, miały kolor charakterystyczny dla roztworu jodu. Obaj lekarze stwierdzili dużą bolesność skóry w okolicach stygmatów, obaj też napisali, że podczas badania rany nie krwawiły, ich granice były bardzo wyraźne, a sąsiednie tkanki nie wykazywały żadnych oznak stanu zapalnego czy chorobowego. Spora różnica występuje też w opisach rany na piersiach. Doktor Romanelli umiejscowił ją w szóstej przestrzeni międzyżebrowej lewej i stwierdził, że jest to jedna głęboka rana, krwawiąca obficie krwią tętniczą. Tymczasem profesor Bignami zaobserwował między 5. a 9. żebrem lewym jedynie przebarwienie skóry, w kształcie odwróconego krzyża, przypominające zadrapanie naskórka i mocno zabarwione roztworem jodu. Podczas badania „rana” nie krwawiła. Bignami zauważył również wiele innych przebarwień na skórze Zakonnika, zarówno po stronie piersiowej, jak i grzbietowej. Jednak największą i najpoważniejszą niezgodność między dwoma opiniami medycznymi widzimy w ocenie przyczyn pojawienia się stygmatów. Doktor Romanelli uznał, że nie można ich wytłumaczyć w oparciu o wiedzę medyczną i stwierdził ich nadprzyrodzony charakter. Profesor Bignami przyznał natomiast, że – teoretycznie – mogą być trzy przyczyny zaobserwowanych objawów:

  • 1) świadome i dobrowolne samookaleczenie,
  • 2) stan chorobowy,
  • 3) częściowo stan chorobowy i po części sztuczne podtrzymywanie uszkodzeń skóry.

Naukowiec z Rzymu odrzucił na wstępie pierwszą hipotezę, jako najmniej prawdopodobną. Po wnikliwej obserwacji „pacjenta”, badaniu ogólnym i przeprowadzonych z nim rozmowach uznał, że Ojciec Pio nie wykazuje żadnych cech człowieka, który mógłby dokonać takiego samookaleczenia: jest zrównoważony psychicznie, szczery, otwarty, nie konfabuluje. Co do drugiej teorii – profesor Bignami ocenił, że podobne objawy spotyka się w niektórych chorobach układu nerwowego, m.in. w przebiegu neurotycznej martwicy skóry. Jednak uszkodzenia charakterystyczne dla tej jednostki chorobowej są zwykle umiejscowione przypadkowo, nigdy tak symetrycznie (środek dłoni obu rąk, środek stóp), jak w przypadku Ojca Pio. W oparciu o tę hipotezę trudno byłoby też wyjaśnić wyraźną granicę między tkankami „chorymi” a zdrowymi – zwykle tkanki sąsiednie ulegają infekcji i wykazują stan zapalny, zmniejszający się stopniowo w miarę oddalania od ogniska choroby. Pozostała zatem hipoteza trzecia, do której skłaniał się Bignami. Profesor z dużym prawdopodobieństwem stwierdził, że rany Zakonnika powstały w wyniku stanu chorobowego (np. wspomnianej martwicy skóry), a następnie były sztucznie podtrzymywane – czy to wskutek autosugestii, czy nieświadomego stosowania środków chemicznych. Ojciec Pio przyznał, że co dwa-trzy dni zapuszczał rany jodyną, której roztwór przygotował sobie zaraz po pojawieniu się stygmatów (czyli prawie rok wcześniej). Bignami zauważa, że stara jodyna nabiera właściwości drażniących i zamiast przyspieszać gojenie rany, utrudnia je. Na koniec wizyty w klasztorze profesor Bignami zalecił odstawienie jodyny oraz innych medykamentów, zabandażowanie rąk „chorego”, opieczętowanie ich oraz codzienną komisyjną kontrolę. Zapewniał, że po kilku dniach rany całkowicie się zagoją. Po wyjeździe lekarza gwardian wraz z dwoma zakonnikami codziennie zmieniali bandaże ale – jak zeznali pod przysięgą – stygmaty nie znikły. Wręcz przeciwnie, pod koniec tygodnia, w okolicach piątku, krwawiły jeszcze bardziej. Rozbieżności między relacjami obydwu lekarzy skłoniły przełożonych do wezwania trzeciego specjalisty, którym był doktor Giorgio Festa z Rzymu, zaprzyjaźniony z generałem zakonu. Jego wizyta zaczęła się 8 października 1919 roku, została wcześniej zapowiedziana, a ekspert miał okazję zapoznania się wpierw z relacjami swych poprzedników, jak również z wieloma świadectwami cudownych uzdrowień przypisywanych wstawiennictwu Ojca Pio, które zrobiły na nim duże wrażenie. Po przeprowadzeniu rutynowych badań ogólnych lekarz przystąpił do oględzin stygmatów i opisał je w podobny sposób jak prof. Bignami, z tym że zauważył podczas badania niewielkie krwawienie z ran, także tych na stopach i piersiach. Jednak co do pochodzenia stygmatów, doktor Festa odrzucił hipotezy o ich naturalnym (stan chorobowy lub zranienie), jak i sztucznym (substancja chemiczna) źródle. Zauważa, że od trzech miesięcy (czyli od wizyty Bignamiego) Ojciec Pio nie stosuje już roztworu jodu do dezynfekcji ran, a ich charakter nie odpowiada żadnym znanym medycynie jednostkom chorobowym (analizuje przypadki uszkodzenia skóry w przebiegu gruźlicy, w chorobach systemu nerwowego, histerii, neurotycznej martwicy skóry, chorobach krwi i układu krążenia). Słowem, konsekwentnie polemizuje z tezami prof. Bignamiego i konkluduje, że to, co dla nauki jest tajemnicą, można wyjaśnić jedynie w świetle wiary. Niespełna rok później doktor Festa jeszcze raz odwiedził klasztor w San Giovanni Rotondo, tym razem wspólnie z doktorem Romanellim. Pierwszy lekarz „od stygmatów” żalił się bowiem w listach do swego przyjaciela o. Agostina, że zakwestionowano jego opinię, wzywając specjalistów z Rzymu. Przyznał, że w porównaniu z profesorem Bignamim ma niewielkie doświadczenie naukowe i mniejszą wiedzę, a jego relacja nie była opinią lekarską sensu stricto, uważał jednak, że powinien zostać poproszony o konsultację lub co najmniej poinformowany o kolejnych badaniach „jego” pacjenta. W doktorze Fescie widział natomiast bratnią duszę i całkowicie zgadzał się z jego interpretacją zdarzeń. Tak więc obaj medycy przygotowali w lipcu 1920 roku tzw. drugą relację (podpisaną nazwiskiem doktora Festy), w której oprócz stygmatów opisują też niewytłumaczalne z ich punktu widzenia stany hipertermii Ojca Pio (gorączka sięgająca 45 st. Celsjusza) i zapach wydobywający się z jego ran. Ponownie polemizują z opiniami profesora Bignamiego, a także z innymi pozytywistycznymi próbami wyjaśnienia fenomenów mistycznych. W roku 1925 dr Festa sporządził kolejną, trzecią relację, gdzie podjął dyskusję z o. Gemellim, znanym franciszkaninem, lekarzem i psychologiem w jednej osobie, który przygotował dla Świętego Oficjum bardzo krytyczną opinię na temat Ojca Pio. Ale temu tematowi poświęcimy oddzielny odcinek cyklu. Po badaniach stygmatów przeprowadzonych w latach 1919-1920 zarówno przełożeni, jak i sam Ojciec Pio nie wyrażali już zgody na kolejne oględziny ran. W 1925 roku, kiedy Stygmatyk miał poddać się operacji przepukliny, nie wyraził zgody na narkozę, aby nie dać lekarzom (operował doktor Festa, asystował doktor Merla) okazji do zbadania stygmatów wbrew jego woli. Jednak pod koniec zabiegu pacjent stracił przytomność, co doktor Festa nie omieszkał wykorzystać i obejrzał rany na rękach, nogach i boku. Stwierdził, że były „identyczne” jak w czasie badania przed pięcioma laty. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, gdy z powodu różnych chorób Ojciec Pio poddawany był leczeniu szpitalnemu, stygmaty z bliska widziało jeszcze kilku innych lekarzy (dr Luigi Pancaro, dr Alberto Caserta, prof. Francesco Lotti i prof. Giuseppe Sala), którzy jednak nie badali ich wprost, mieli jedynie możliwość obejrzenia ich gołym okiem i porównania obfitości krwawienia. Przy okazji badań rentgenowskich płuc i kręgosłupa Ojca Pio wykonano też, bez wiedzy i zgody pacjenta, zdjęcia rtg jego dłoni i stóp, potwierdzające, że stygmaty nie uszkodziły tkanek kostnych. Profesor Lotti nakręcił w dzień przed śmiercią Ojca Pio film z jego ostatniej mszy, na którym zauważył wyraźnie, że na grzbiecie obu dłoni Zakonnika nie było już stygmatów; jedyny ich ślad zachował się w postaci strupa na wewnętrznej stronie lewej dłoni. Dokumenty z badania ciała zmarłego (podpisane przez prof. Salę) potwierdzają, że w chwili śmierci ani na rękach, ani na nogach, ani na piersi Stygmatyka nie było już żadnych śladów ran, nawet w postaci blizn. Dodajmy na koniec, że za niewiarygodną uznaje się relację doktora Cardone, pierwszego lekarza Ojca Pio, jeszcze z czasów jego pobytu w Pietrelcinie. Wielce zasłużony, a w chwili pisania świadectwa już ponad dziewięćdziesięcioletni lekarz wyznał, że stygmaty Zakonnika przenikały dłoń na wylot, tak że „przechodziło przez nie światło”, a podczas badania kciuk włożony z jednej strony rany spotykał się z palcem wskazującym po drugiej stronie. Potraktujmy to jako dowód, że przez pięćdziesiąt lat życia Ojca Pio ze stygmatami pojawiały się przeróżne opowieści na jego temat, czasem nawet powtarzane przez osoby cieszące się autorytetem, które nie znajdują jednak żadnego potwierdzenia w faktach.

Edward Augustyn

* Na zdjęciu rentgenogram lewej dłoni Ojca Pio wykonany w 1954 roku przez dra Alberto Casertę.

żródło : http://glosojcapio.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1073&Itemid=152

 

Post your comments